Są takie wspomnienia, które nie mają daty w kalendarzu, ale mają barwę światła, temperaturę powietrza, zapach zimy.
Są takie obrazy, które wracają jak migawki ze snu — i nie wiesz, czy wydarzyły się naprawdę, czy może je wymarzyłaś.
Ten wiersz powstał w listopadzie 1997 roku.
Miałam wtedy w sobie dużo ciszy, trochę tęsknoty i bardzo dużo wyobraźni.
Czasem myślę, że to nie ja pisałam te wiersze, tylko one pisały mnie — od środka.
Dziś, po latach, czytam go tak, jak czyta się list od młodszej wersji siebie, która przenosi mnie w wyobrażenie zimowej baśni.
A wszystko to pod wpływem jednej widokówki zimowej; przedstawiała górski świat pod śnieżną pokrywą, który rozświetlała tylko maleńka lampa (albo świeczka) w malutkim, białym domku.
Listopad 1997
I był domek wśród kryształowych gór,
w którym mała lampka się tli.
I była zimowa noc,
gdy zapukałeś do moich drzwi.
I były wieczory wachlarzem ciszy osnute.
I były poranki białą tęczą zbudzone.
I było ciemno, jasno tylko od
nocy zrzucającej narzutę,
gdy namalowałeś na moich ustach swoje…
Czy zdarzyło Ci się kiedyś napisać coś pod wpływem tak ulotnego bodźca jak kartka, sen, zapach – a potem odnaleźć w tym więcej, niż się spodziewałaś/eś?
Iwona
🙂