Osobista wyspa Daniela Defoe

 

 

Daniel Defoe – autor „Przypadków Robinsona Crusoe”, był niezwykle pracowitym człowiekiem. Jako dziennikarz, potrafił pisać nawet dwa lub trzy artykuły dziennie, łącząc literacki talent z umiejętnościami retorycznymi i językowymi. Miał też smykałkę do interesów, ale mimo to nie odniósł sukcesu jako kupiec – częściej kierował się przekonaniami niż chłodną kalkulacją. Był niezależny, uparty i nieugięty, co często stawiało go w konflikcie zarówno z władzami, jak i otoczeniem.

Wierzył głęboko, że literatura może pełnić rolę wychowawczą – nie tylko bawić, ale i uczyć, kształtować charakter, inspirować duchowo. To podejście widać wyraźnie w jego najsłynniejszym dziele – Robinsonie Crusoe, które opublikował dopiero w wieku 59 lat.

Czy to właśnie życiowe doświadczenie – bankructwa, więzienie, samotność, walka o przetrwanie – pozwoliły mu tak wiarygodnie i głęboko opisać los rozbitka na bezludnej wyspie? A może zainspirowała go czyjaś prawdziwa historia?

 

Daniel Defoe (oryginalnie Foe) żył w ciekawych czasach; co rusz ludzie rozmawiali o wielkich wyprawach i wielkich odkryciach, kwitł kolonializm – ogólnie dużo się działo. A on? Jego życiem również targały różne sztormy; problemy finansowe, nieudane próby literackie, więzienie, do którego trafił za satyryczny pamflet polityczny, który władze uznały za atak na system.

Zaraz po wyjściu na wolność został… szpiegiem. Dosłownie. Pracował dla rządu, pisząc teksty propagandowe i podróżując po kraju, by monitorować nastroje społeczne. W międzyczasie próbował utrzymać rodzinę – miał żonę i siedmioro dzieci – i stale zmagał się z długami. Nie wygląda to jak spokojne życie pisarza z piórem w ręku.

A jednak to właśnie ten człowiek, który więcej razy upadał niż wygrywał, napisał w wieku 59 lat jedną z najbardziej rozpoznawalnych powieści świata: Robinsona Crusoe. Historia rozbitka, który od zera buduje swój świat, mierzy się z samotnością, naturą i własnym sumieniem, brzmi momentami niemal autobiograficznie. Defoe wiedział, co to znaczy być odciętym – niekoniecznie fizycznie, ale społecznie, finansowo, ideowo.

A może nie wszystko w tej historii jest tylko metaforą? Prawdopodobnie zainspirowała go też autentyczna postać: Alexander Selkirk – szkocki żeglarz, który naprawdę przeżył cztery lata w samotności na bezludnej wyspie. Tyle że to Defoe nadał tej historii głębię duchową i psychologiczną, czyniąc z niej nie tylko opowieść przygodową, ale też uniwersalny portret człowieka wrzuconego w ekstremalne warunki – dosłowne i egzystencjalne.

 

Prawdziwy Robinson Crusoe – kim był Alexander Selkirk?

 

Zanim Daniel Defoe stworzył postać Robinsona Crusoe, świat poznał kogoś, kto naprawdę przeżył lata samotności na bezludnej wyspie. Ten człowiek nazywał się Alexander Selkirk – i jego historia mogłaby być scenariuszem niejednego filmu.

 

Selkirk urodził się w 1676 roku w Szkocji. Z natury był niespokojnym duchem – został żeglarzem, korsarzem (czyli legalnym piratem), a przy okazji – awanturnikiem z charakterem. W 1704 roku, podczas rejsu na statku Cinque Ports, popadł w konflikt z kapitanem. Uważał, że statek jest w złym stanie technicznym i prędzej czy później zatonie. Ku zdziwieniu załogi… sam poprosił, by wysadzono go na bezludnej wyspie. I rzeczywiście – miał rację. Kilka miesięcy później statek poszedł na dno.

 

Wyspa, na której utknął Selkirk, to Más a Tierra, dziś znana jako Isla Robinson Crusoe, należąca do Chile. Spędził tam ponad cztery lata całkowicie sam – bez ludzi, bez pomocy, bez Piętaszka, którego później wymyślił Defoe.

Jak przetrwał?

  • Łowił ryby,
  • polował na dzikie kozy,
  • zbierał owoce,
  • .. czytał Biblię, która była jego jedyną książką i duchową podporą.

Zbudował szałas, szył sobie ubrania ze skór, oswoił koty i kozy, stworzył swój własny mikroświat. Wszystko to bez jakiejkolwiek nadziei, że ktoś go kiedyś znajdzie.

 

Dopiero w 1709 roku, po 4 latach i 4 miesiącach samotności, na horyzoncie pojawił się angielski okręt pod dowództwem kapitana Woodesa Rogersa. Selkirk został uratowany i wrócił do Anglii jako sensacja. Jego historia była opisywana w gazetach, pamiętnikach i relacjach podróżniczych. Zyskał sławę, ale… nie był już taki sam. Miał trudności z odnalezieniem się w społeczeństwie, a mimo wszystko wrócił do służby na morzu – jakby tylko tam potrafił naprawdę żyć.

 

 

Muza Defoe

 

 

Wiele wskazuje na to, że tak. Daniel Defoe z pewnością znał historię Selkirka, która była szeroko komentowana i opisywana w jego czasach. Ale to, co zrobił Defoe, to coś więcej niż reportaż. On nadał tej historii wymiar duchowy i symboliczny – zamieniając opowieść o przetrwaniu w uniwersalną metaforę samotności, ludzkiej siły, przemiany i nadziei.

Sam Defoe był protestantem i czytając Robinsona Crusoe od razu można zauważyć, że to nie tylko przygodówka – to też historia duchowej przemiany i wiary w opatrzność Bożą.

Co ciekawe, Robinson Crusoe” był tak realistycznie napisany, że wielu ludzi wierzyło, że to prawdziwa historia, a Crusoe naprawdę istniał. Ale czy Robinsona Crusoe nie znajduje w sobie każda osoba, która wchodzi w „ciemną dolinę” kryzysu tożsamości? Jungowskiej „walki z cieniem”?

 

Dlaczego Defoe „skazał” Robinsona na aż 28 lat na wyspie, podczas gdy Selkirk spędził w takich warunkach „tylko” cztery?

28 lat to niemal całe dorosłe życie – to czas, który pozwala na ukazanie pełnej przemiany człowieka: od pychy do pokory, od buntu wobec Boga do zawierzenia, od izolacji do duchowego przebudzenia.

Defoe chciał pokazać nie tylko fizyczne przetrwanie, ale też długotrwały proces dojrzewania, refleksji, zmagania się z samym sobą. Cztery lata to w literaturze stosunkowo krótki okres, by zbudować głęboką metamorfozę – 28 lat natomiast daje ogromne możliwości narracyjne. To jak drugie życie, które Robinson musi przeżyć, zanim powróci do społeczeństwa.

Nie bez znaczenia może być też symbolika liczb. W Biblii liczby często mają głębsze znaczenie – 40 lat, 7 dni, 12 apostołów… 28 lat może symbolizować pełnię cyklu, czas potrzebny do przemiany duchowej. Być może Defoe nie tyle inspirował się dokładną liczbą lat Selkirka, ile potraktował jego historię jako punkt wyjścia do czegoś bardziej uniwersalnego.

Można więc powiedzieć, że Defoe nie przedłużył samotności Robinsona bez powodu – zrobił to celowo, by jego powieść nie była tylko kroniką przygód, ale także opowieścią o samotności jako próbie charakteru, duchowej podróży i przemianie wewnętrznej, która wymaga nie tyle tygodni czy miesięcy, ile właśnie lat.

 

W twórczości Daniela Defoe nie sposób nie zauważyć obecności Boga – choć nie jest to obecność spektakularna czy cudowna, jak w biblijnych historiach. Bóg u Defoe nie zsyła aniołów, nie rozdziela mórz, nie zsyła manny z nieba. Jego działanie odbywa się cicho, wewnątrz człowieka. To sumienie, refleksja, pokora, nawrócenie – to przez te wewnętrzne procesy Bóg prowadzi swoich bohaterów.

Defoe patrzył na życie jak na duchową podróż, pełną prób, błędów, upadków i momentów olśnienia. Robinson Crusoe nie jest więc jedynie opowieścią o przetrwaniu w dziczy. To metafora wędrówki ludzkiej duszy – od buntu i dumy, przez samotność i zwątpienie, aż po akceptację, wiarę i spokój.

Być może właśnie dlatego Robinson musiał spędzić na wyspie aż 28 lat – bo to nie była tylko walka o ogień i pożywienie, lecz walka o siebie.

 

Czy uważacie, że doświadczenia autora zawsze muszą być źródłem inspiracji do powieści? A może czasem wyobraźnia i symbolika są ważniejsze niż fakty? Zapraszam na dyskusję pod postem lub na Mecie.

 

Wypowiedz się

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *