W portowym Hull, gdzie horyzont pachnie przygodą, a opowieści płyną z każdą falą, młody człowiek z duszą niecierpliwą i sercem głodnym nieznanego rzuca wyzwanie spokojnemu życiu, jakie wymarzyli dla niego rodzice. Wybiera ruch, ryzyko i rozedrganą wolność. Jedna wyprawa, potem kolejna – aż w końcu ta ostatnia przecina jego los, zmieniając go na zawsze.
Trafia na wyspę, której nikt nie zna i nikt nie nazwie domem. Przygoda kończy się szybciej, niż się zaczęła – rozpoczyna się długa walka.
Ale nie tylko o przetrwanie.
To walka jest cicha i wije się przez lata jak cień po duszy. Zmaganie z samotnością, z naturą, z Bogiem – i wreszcie z samym sobą. Człowiek, który dotąd ufał tylko światu materialnemu, musi nauczyć się słuchać głosu z głębi – głosu pozazmysłowego, wewnętrznego.
Przez te lata przeżyje wszystkie emocje znane ludzkości – od strachu po zachwyt, od rozpaczy po wdzięczność. A nade wszystko: przejdzie przez duchowe oczyszczenie, które możliwe jest tylko w ciszy, cierpieniu i konfrontacji z własnym cieniem.
Przed Wami historia Robinsona Crusoe – człowieka, który zgubił drogę, by znaleźć siebie.
Raz trzeba być mężczyzną! Ot, wiesz co, jutro płyniemy do Londynu, jeżeli masz ochotę, wsiadaj z nami. Zobaczysz wielkie miasto, zakosztujesz marynarskiego życia, a jak ci się nie spodoba, to za parę tygodni wrócisz do domu i będziesz sobie znowu ważył miły pieprz i kochane goździki. – Popłynąłbym z całej duszy – rzekłem wzdychając – ale cóż… kiedy… kiedy… – Co takiego? Mów do kroćset masztów!
(„Przypadki Robinsona Crusoe” – Daniel Defoe)
Jak potoczyły się losy naszego bohatera już wiecie. Przyjrzyjmy się im pod lupą:
W uszach pamiętne słowa ojca: kto nie słucha rodziców, temu nigdy Bóg błogosławić nie będzie i marnie zginie. Przepowiednia ta ziściła się zupełnie. Chwila kary nadeszła. Byłem najnieszczęśliwszym z ludzi. Oddalony o kilkaset mil od ojczystej ziemi, niewolnik na wpół dzikich mahometan, bez pociechy i wszelkiej pozbawiony nadziei, oddawałem się strasznej rozpaczy. A jednak był to dopiero początek moich cierpień. Inne, dolegliwsze nierównie cierpienia czekały mnie w przyszłości, jak się o tym, miły czytelniku, w dalszym opowiadaniu przekonasz. (tamże)
Czy rozumiemy nastawienie Robinsona do sytuacji? No jasne, że tak. Rozbitek ma do siebie żal, przeklina swoją przekorę, która popchnęła go do nieposłuszeństwa rodzicom („– Otóż masz owe prześliczne lasy podzwrotnikowe, dla widzenia których porzuciłeś szczęśliwe życie w rodzicielskim domu! Patrz, jakie piękne, różnobarwne papugi, złotopióre kolibry, przecudowne kwiaty i wspaniała roślinność. Nasyćże nimi pusty żołądek, niedowarzony głupcze!”) , ale w końcu jednego dnia, gdzieś między swoją jaskinią a drzewem platanów wznosi nieśmiało pewną myśl…
Opuszczony przez wszystkich. Przede mną rozhukanych wód przestwory. Nade mną… Bóg!
Kolejne dni Robinsona naznaczone są ciężką pracą, na którą będąc w warunkach domowych, w ogóle nie musiałby poświęcać czasu (np. stworzenie sobie odzienia) Czytamy linijka po linijce o jego zmaganiach, licznych próbach, zanim cokolwiek mu się uda; czy to rozniecić ogień, czy zbudować skuteczną kryjówkę lub upolować zwierzę.
Jako czytelnicy jesteśmy niczym kamera w świecie rozbitka.
A on coraz śmielej odwołuje się do Siły Wyższej. Przechodzi przy tym wszystkie stany w tym temacie; od złości i poczucia opuszczenia :
W pierwszych miesiącach mego wygnania, nieraz z niecierpliwości i tęsknoty bluźniłem Stwórcy,
Lecz za chwilę:
ale jeżeli mnie jakie pomyślne spotkało zdarzenie, nie pomyślałem wcale, aby podziękować Opatrzności za nie. Tymczasem przyciśniętemu ciężką niemocą zesłał najmiłosierniejszy Ojciec, cudowny, że tak powiem, sen, który mnie nawrócił i w innego przemienił człowieka. Dzisiaj spokojnie spoglądam w przeszłość, teraźniejszość i przyszłość.
Wyspa skarbów
Można by się zaśmiać: o jakiej przyszłości on mówi? Jego teraźniejszość jest bardzo wątpliwa, co dopiero przyszłe dni! Cóż on osiągnie? Czy on liczy na tzw. normalne życie?
Otóż Robinson Crusoe nie musiał robić na przyszłość żadnych planów. Bo stan duchowy, który osiągnął zamyka w sobie całą czasoprzestrzeń: przeszłość, teraźniejszość i przyszłość w jednej tylko chwili: trwającej.
Człowiek, który doszedł do tego momentu co nasz bohater, uzyskuje pokój ducha. I zdradzę, że to jest ten czynnik, którym wygrywa się całe życie. To największy skarb, jaki znajduje na wyspie.
Niemniej, pierwszy wniosek, do którego dochodzi nomada, to ten, że potrzebuje przebaczenia. Nie tylko ze strony ojca, matki (na które próżno liczyć na bezludnej wyspie) ale od samego Boga.
Gdy je uzyskuje, nagle potrafi spojrzeć wstecz i rozbudzić w sobie wdzięczność do Stwórcy:
Czyż choć raz ukorzyłem się przed Sędzią sprawiedliwym, prosząc o przebaczenie popełnionych błędów? Łaski doznane od Boga, niemal cudowne, jak na przykład ucieczka z mauretańskiej niewoli, przyjęcie przez kapitana portugalskiego, ocalenie życia, wtenczas kiedy wszyscy moi towarzysze zginęli, świetne powodzenie w pierwszej podróży do Gwinei i podobnież w Brazylii, czyż, powtarzam, te łaski wywołały z ust moich choćby te stów parę: dzięki Ci, Boże!?
Robinson nagle ma wzgląd w istotę przeszłych wydarzeń, które widzi już inaczej; jako cud, ratunek, przeznaczenie, cenną lekcję, błogosławieństwo.
– O dobry Panie, a więc łaska Twoja jest zawsze ze mną,
Jest również całkowicie pogodzony ze wszystkim, co się dzieje w jego życiu, a to pogodzenie nie nosi znamion rezygnacji, wręcz przeciwnie! Całkowitego zaufania i – znowuż – płynącego z niego spokoju ducha.
Niech się ze mną dzieje, jak rozkażesz, a zawsze jednakowo chwalić Cię będę, choćbyś największe przeciwności na mnie dopuścił (…)
Zebrałem na nowo odwagę, wspomniawszy, że Pan Bóg znajduje się wszędzie, a Jego opieka czuwa nade mną.
Przypadki Robinsona Crusoe
Robinson miał niemało obaw, ostatecznie zszedł do jednej:
Czasami tylko wspomnienie o trzęsieniu ziemi mnie przerażało, ale wspomniawszy na Opatrzność, powierzałem się Jej z ufnością i odzyskiwałem spokój.
Po jakimś czasie – a dorastanie duchowe zawsze jest procesem, Robinson wyznaje otwarcie:
Dziesiąta rocznica wylądowania mego na wyspę przeszła jak zwykle na poście i modlitwie. Gdym się obejrzał wstecz na upłynnionych lat dziesięć, gdym pomyślał, że już mam lat 33 skończonych, ciężko mi się zrobiło na sercu. – Mój Boże – zawołałem – oto najpiękniejsze me lata zbiegły samotnie! Towarzysze moi otoczeni rodziną, dziatkami, wiodą przyjemne życie w lubej ojczyźnie, gdy tymczasem ja nieszczęśliwy żyję tutaj sam jeden i może nie ujrzę więcej rodzinnej ziemi. Ale nie szemrzę bynajmniej na mój los, a jeżeli Ci się, Panie, podoba, abym tu dni moje zakończył, z poddaniem i pokorą przyjmę Twój wyrok i chwalić.
Wkrótce też, staje się chyba najlepszym kaznodzieją pod słońcem – począwszy od samego siebie.
Czy zresztą nie pamiętasz, że Opatrzność czuwa nad tobą, a bez Jej woli włos z głowy ci nie spadnie? Dlaczegóż nie polecisz się opiece Boskiej i nie wracasz spokojnie do domu?
Robinson Crusoe to coś więcej niż postać literacka
Choć historia ta ma charakter przygodowy, można w niej odnaleźć głębokie znaczenie symboliczne i psychologiczne – Robinson Crusoe może być odczytywany jako archetypiczna postać w duchu psychologii głębi, szczególnie w nurcie jungowskim.
Można uznać, że Robinson jest klasycznym archetypem Bohatera –
jednostki, która zostaje wyrwana z codziennego życia i rzucona w ekstremalne okoliczności (rozbicie statku, samotność na wyspie). Jego losy pokazują inicjacyjną drogę rozwoju: od nieświadomości do samopoznania, od chaosu do porządku.
Podróż Crusoe odpowiada monomitowi – schematowi „podróży bohatera”, w której:
Opuszcza znany świat (ucieczka z Anglii, podróże morskie)
Doświadcza upadku i izolacji (rozbicie statku, samotność)
Walczy z przeciwnościami (przetrwanie, strach, natura)
Odnajduje sens i wewnętrzną transformację (porządek, religijność, refleksja)
Wraca przemieniony (po 28 latach wraca do cywilizacji jako nowy człowiek)
Crusoe jako rozbitka można też interpretować jako symbol izolacji psychicznej – konieczności zmierzenia się z własnym wnętrzem. Samotność zmusza go do introspekcji i refleksji (np. nawrócenie religijne, rozważania o sensie życia), kreowania własnego świata (symbol ego tworzącego porządek w chaosie), integracji animy – relacja z Piętaszkiem może symbolizować kontakt z nieświadomym „innym” w sobie.
Jednym z najbardziej znaczących motywów, jest konfrontacja Robinsona nie tylko z zagrożeniami z zewnątrz, ale i swoimi wewnętrznymi lękami; samotnością, strachem, pokusą rozpaczy. W duchu jungowskim, to konfrontacja z Cieniem – tym, co wypierane, nieznane, nieakceptowane w psychice.
Robinson: demiurg przed Bogiem
Robinson Crusoe, samotny pośród dzikiej natury, staje się twórcą – buduje, organizuje, hoduje, oswaja. W tej działalności widzimy go jako archetypowego demiurga – kogoś, kto tworzy porządek z chaosu, podobnie jak mityczni bogowie w wielu kulturach. Nadaje nazwę miejscom, układa rytuały dnia, nadaje sens przestrzeni, którą wcześniej postrzegał jako dziką, obcą, groźną.
Ale w tej kreacji dochodzi do czegoś głębszego.
Crusoe początkowo skupiony jest na przetrwaniu – czysto fizycznym i praktycznym. Jednak z czasem, gdy milkną hałasy cywilizacji i zaczyna mówić cisza, w jego świadomości pojawia się coś, co przekracza materię: strach egzystencjalny, tęsknota za sensem, potrzeba pokory.
I właśnie wtedy zaczyna rozmawiać z Bogiem.
To nie jest już tylko Bóg z katechizmu – to Bóg przeżywany intymnie, boleśnie, realnie. Crusoe nie tyle „wierzy”, ile spotyka się – z Tajemnicą, z Absolutem. Zaczyna odczytywać wydarzenia jako znaki, a swoje życie jako coś, co zostało mu darowane.
W tej samotności rodzi się wdzięczność, a z nią – nowa tożsamość duchowa.
Być może ten Stwórca, z którym się zmaga, to nie tylko Bóg teologiczny, ale też wewnętrzny „Starzec”, który mówi: „Zatrzymaj się. Przestań działać. Zacznij słuchać.”
Wcześniej żył jako młody buntownik, pragnący panować nad światem.
Na wyspie uczy się słuchać – nie tylko przyrody, ale i głosu, który w nim dojrzewa. Tego, który przypomina o kruchości, o pokorze, o sensie cierpienia.
Robinson przechodzi transformację wewnętrzną, przechodzi ją w izolacji, aż staje się pełną, zintegrowaną jednostką. Samotność, na którą jest skazany i przed którą nie może uciec (wyspa) jest koniecznym etapem dojrzewania psychicznego i duchowego, a przetrwanie fizyczne staje się metaforą przetrwania psychicznego. Jednak ta wyspa, na której tak się zmaga nie jest wcale taka pusta; jest soczysta, zielona, kwitnąca i pełna życia – jest w niej wszystko, czego Robinson potrzebuje by żyć i by dojrzewać. Ta tętniąca wyspa może symbolizować jego wnętrze – też to widzisz?
Robinson i jego czas
Psychologowie coraz częściej mówią, że źródłem współczesnego nieszczęścia jest nieobecność w chwili obecnej. Albo tkwimy w przeszłości – rozgrzebując żale, albo wybiegamy w przyszłość – planując, martwiąc się, tęskniąc. A życie dzieje się tylko teraz. No bo czy możemy zgodzić się ze stwierdzeniem, że przyszłość nie istnieje?
Robinson, choć nie miał nic – miał czas. I dopiero wtedy, gdy wszystko inne mu odebrano, nauczył się być tu i teraz. Obserwował, czuł, słuchał. Czas stał się jego przestrzenią do bycia, nie do ucieczki.
Może warto przyjąć ten symbol jako ciche przypomnienie, że najgłębsze życie toczy się w środku, a nie na zewnątrz? I że dzisiaj – ten jeden dzień, który właśnie trwa – to najprawdziwszy „teren” całego naszego życia.
Mam do Ciebie kilka pytań – pozwól, że je ponumeruję:
- Jakie refleksje masz po lekturze „Robinsona Crusoe”?
- Czy „przygoda” taka jaka jego spotkała, byłaby dla Ciebie błogosławieństwem czy przekleństwem?
- Jak myślisz, czy współczesny człowiek potrzebuje czasem „wyspy” — czyli czasu i przestrzeni na samotność i refleksję?
- Czy zgadzasz się z tezą, że prawdziwy rozwój duchowy przychodzi w trudnościach?
- Co dla Ciebie oznacza pojęcie „czas” i jak się ono zmienia w różnych etapach życia?
- Czy końcowy efekt rozwoju wewnętrznego człowieka wart byłby takich trudności, jakie przeszedł Robinson?
- Czy uważasz, że człowiek może nauczyć się naprawdę żyć „dzisiaj” w świecie pełnym rozproszeń? Jakie są Twoje sposoby?
Zapraszam do dyskusji.
Jeśli uważasz ten tekst za wnoszący wartość, możesz postawić mi kawę. Kliknij tutaj.

