Świadectwo Ewy

To był miły poranek. Obudziłam się chyba około 9 rano. On pewnie już oglądał coś na moim tablecie – zazwyczaj w takiej sytuacji zastawałam go w wolne dni, tuż po swoim przebudzeniu. Niedługo później kochaliśmy się – sobotni zwyczaj. Po tej przyjemności przyszedł czas na kolejną – pyszne śniadanie jego wykonania – jajecznica z pomidorami i cebulą na świeżych bułkach z masłem – nikt nie robił takiej, jak on! Absolutny mistrz! W kuchni pachniało, woda na jego kawę i moją herbatę powoli gotowała się w czajniku – usiedliśmy przy stole i zaczęliśmy jeść. Tradycyjny, miły sobotni poranek. Nie pamiętam, czy mieliśmy jakiś plan na później. Chyba nie. Może on musiał się uczyć – zawsze czegoś musiał się uczyć. Ja nie musiałam. Pewnie poszłabym dokończyć sen z nocy – kolejna tradycja w wolny dzień – obudzić się, zjeść, wrócić do spania. Dopiero potem można było wejść w dzień pełną parą.

Podczas śniadania zadzwonił telefon, ten mój. Nieznany mi numer. Od razu pomyślałam, że to pewnie jakieś złote garnki do odebrania na drugim końcu Polski, a jeśli nie złote garnki, to pewnie windykacja – „Czy rozmawiam z Panią Zadłużoną?” – „Nie, i nie znajdzie jej Pan pod tym numerem.”, potem szybkie rozłączenie się. Nie chciałam odbierać.
 „Odbierz. Może to coś ważnego. Nie wiesz przecież kto dzwoni” – zarządził mój nigdy nieodpuszczający, wymagający mózg.

– Dzień dobry. Czy rozmawiam z Tobą, córką Tej? – zapytała kobieta w słuchawce, jej głos był słabo słyszalny, coś przerywało, tak naprawdę wypowiedź była dłuższa, ale cytuję tylko tyle, ile zrozumiałam i ile pamiętam dzisiaj.

-Tak, to ja. – odpowiedziałam.

– Nazywam się Tak i Tak, jestem szefową i przyjaciółką Twojej mamy, znalazłam Twój numer w jej telefonie, zapisany zdrobniale, bo ona zawsze tak o Tobie mówiła, dlatego też ja tak zdrabniam, przepraszam.

– Dobrze, ale czy coś się stało? – zapytałam, kiedy on stał na przeciwko mnie, zalewając sobie kawę.

-Twoja mama jest w szpitalu, miała udar mózgu, jest w stanie krytycznym. Tu nastąpił koniec tradycyjnego, miłego sobotniego poranka. Tu pojawiły się szok, złość, rozpacz i łzy.

-Co?! Jak to?! Gdzie ona leży, w jakim szpitalu?

Tu pojawiły się krótkie wyjaśnienia jak to się stało, informacje, że mama leży w szpitalu od wczorajszego wieczora i gdzie ten szpital dokładnie się znajduje. Byliśmy już wtedy z chłopakiem w pokoju, on zapisywał na kartce adres i odpalał mapę na tablecie. W rozmowie z szefową i przyjaciółką mojej mamy pojawiło się zdanie: „Myślę, że powinnaś przyjechać”. Też tak myślałam. Bus? Pociąg? Dzisiaj? Jutro? Ja na północy, ona w centralnej Polsce. Nie miałam pojęcia. Skończyłam rozmowę. On, zmotoryzowany, zapytał co się stało, powiedziałam mu. „Jedziemy. Tylko się umyję.” Uff…

Pobiegłam do kuchni posprzątać i zrobić chłopakowi kolejną kawę. Chciałam Bogu nakopać za te wszystkie kłamstwa, które ludziom wciska – uzdrowienia, uwolnienia, szczęście i powodzenie, więc mu wygarnęłam, że co to ma być, że robi sobie z ludzi jaja, ludzie wierzą w takie bzdury, a później leżą w stanie krytycznym w szpitalu, mając ledwo ponad 50 lat. Byłam tak zła, tak strasznie zła, że nie liczyłam się z żadnymi słowami. Wiedziałam w co wierzyła moja mama, że chodzi do szkoły biblijnej, że nakłada na ludzi ręce i modli się o ich uzdrowienie, że czyta Biblię, że od kilku lat mówi: „Dopiero teraz poznaję Boga.” Była nawrócona od prawie 30 lat, a jakby w ogóle nie rozumiała znaczenia tego faktu przez większość tego czasu. Ja miałam dość. Nie chciałam tego słuchać, zamknęłam jej usta na dobre na rozmowy ze mną o Bogu jakiś rok wcześniej.  

Nigdy nie byłam chętna do tych rozmów z nią, ale w końcu osiągnęłam swój cel – przestała mi w ogóle o tym mówić. Hura! Byłam wolna. I od tamtej pory, nie wiedziałam już kim tak naprawdę jest. Sama wierzyłam w Boga, choć nie miałam pojęcia jak do Niego podejść. Kusił mnie czasem ateizm mojego chłopaka, lubiłam, że nie wierzy w Boga, bo przynajmniej nikt mi nie pieprzył nad głową co mogę, czego nie mogę, a jak to Bogu teraz jest przykro, a jaki on jest święty. Wiedział, że wierzę, ale miał to gdzieś, gdyż nie wpływało to w żaden sposób na nasze życie. Rozumiał, że mówiłabym naszemu dziecku, że wierzę w Boga i zachęcałabym je do szukania Go, ale jednocześnie wiedziałoby ono, że tata nie wierzy i to ono musi kiedyś wybrać która opcja przekonuje je bardziej. Wolność, równość, tolerancja. Brokat i kucyki Pony. Wiara w Boga bez Boga i naukowiec – ateista. Mokry sen świata, gdzie „nic nie jest takie proste”, „nic nie jest tym, czym się wydaje”, gdzie właściwie wszystko jest szare i nigdy nie wiadomo tak do końca. Dokładnie – do końca nie wiadomo, ale po końcu już tak. Erich Fromm na półce, antydepresanty w szafce i > ułożyłam sobie życie <. Tylko czemu ja byłam ciągle taka nieszczęśliwa i wszystkiego było mi mało?

Po godzinie ruszyliśmy z północy. Po kolejnych 5 godzinach byliśmy pod szpitalem. On szukał miejsca do zaparkowania, ja pobiegłam szukać mamy.
Oddział neurologiczny, pododdział leczenia udarów mózgu. Wchodzę, rozglądam się – pierwsza szyba, stanowisko pielęgniarek, druga szyba – jest! Mama! Przyśpieszam kroku, wchodzę na salę, odkładam wszystko, co mam, na podłogę, chwytam ją za rękę, mówię cicho: „Mamo, mamusiu”, ściskam jej dłoń, jak nigdy przedtem, patrzę na jej twarz, nie wierzę w to, co widzę, zatyka mnie… Mam, niestety, silny kontakt z rzeczywistością. Po drugiej stronie łóżka stoi szefowa i przyjaciółka mojej mamy, podchodzi do mnie, staje za mną, obejmuje mnie mocno za ramiona i mówi: „nie bój się, wszystko jest pod kontrolą, sprawa jest oddana Bogu, wszystko będzie w porządku”. Doprawdy?

To nie było coś, co chciałam wtedy usłyszeć. Miałam wtedy 25, a za kilka dni 26 lat. Czułam się dzieckiem, choć byłam dorosła. Miałam pracę, średnie wykształcenie, mieszkałam z chłopakiem w wynajętym pokoju, zaczęłam kilka miesięcy wcześniej zarabiać na tyle dużo, że przestałam brać od mamy pieniądze, marzyłam o ślubie, dzieciach, studiach, spełnieniu, przyjaciołach i ładnym widoku z okna. Miałam wtedy za sobą 2 pobyty w szpitalach psychiatrycznych, 2 próby samobójcze (od trzeciej uratowała mnie moja mama, choć nigdy się o tym nie dowiedziała, znalazła się po prostu w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie, a były to moje 23. urodziny), brałam antydepresanty od ponad 1,5 roku i chciałam w końcu złapać jakiegoś boga za nogi i poczuć się szczęśliwa. Chciałam mieć to, co mają inni, poczuć się adekwatna, czuć się wartościowa, spełnić prawdziwe i wyimaginowane oczekiwania innych wobec mnie i w końcu odetchnąć z ulgą. No właśnie, tylko warunkiem do osiągnięcia tych celów było to, żeby wszystko potoczyło się po mojej myśli. Mój plan moją twierdzą. Miało być dobrze, a wyszło… Lepiej.

We wszystkich emocjach, które towarzyszyły mi w momencie, kiedy stałam nad łóżkiem mojej mamy, a ręce jej przyjaciółki trzymały mocno moje ramiona, było coś, co nie pozwalało mi przyjąć ze spokojem jej słów – dziecięca frustracja spowodowana tym, że nie jest tak, jak według mnie być powinno. W mojej głowie pojawiła się tylko jedna odpowiedź: „spierdalaj.” Poczułam się urażona tym, co mówiła. Jakim prawem wypowiadała takie rzeczy zwracając się do osoby, która właśnie traci matkę? Nie mogłam tego poukładać, więc to zignorowałam. Właściwie, to sytuacja z tą kobietą stała się dla mnie jasna dopiero teraz – kiedy zaczęłam ją opisywać. Pamiętałam to zdarzenie samo w sobie, nawet to, że się żachnęłam gdzieś w środku, ale zawsze zakładałam, że to ona powiedziała coś nie tak i nie analizowałam tego głębiej. I właśnie dostałam szansę na zrozumienie, że to ja – tak, ja, dołożyłam coś do czyjegoś zachowania i zinterpretowałam je przez pryzmat swojej niedojrzałości, co gorsza, uznałam swoją interpretację jako jedynie słuszną.
Nie pasowało to do mojej wizji świata, ale również do mojego ówczesnego poziomu mentalnego.

Warto w tym miejscu dodać, że niedługo po tym, jak wyjechaliśmy z chłopakiem ze swojego miasta, przeprosiłam Boga za swoje wcześniejsze słowa skierowane do Niego. Nie dlatego, że bałam się, że w innym wypadku mamie, czy mi nie pomoże – lecz dlatego, że czułam i uważałam, że postąpiłam wobec Niego nie fair. Stwierdziłam, że przecież nie wiem jak jest naprawdę, kim On tak naprawdę jest, jaka jest Jego wola, w jaki sposób działa, więc postanowiłam oddać Mu sprawiedliwość i przyznać, że oceniłam Go bardzo pochopnie i niesprawiedliwe. Czy zrobiłam to dlatego, że było mi Go żal lub czułam Jego gniew? Nie. Zrobiłam to dlatego, że byłam przekonana, że źle postąpiłam. Przy okazji poprosiłam, żeby był z moją mamą i jej pomógł.

Kiedy weszłam do mamy na salę, to jeszcze oddychała. Była nieprzytomna, ale wykazywała jakieś reakcje, widać było, że rusza oczami pod powiekami, czasem „odskoczyła” jej ręka, lub noga. Trudno było ocenić na ile cokolwiek, co się z nią dzieje, zależy od niej, jednak nie można było zaprzeczyć prostej obserwacji, że zawsze, kiedy działo się coś ważnego, czy też znaczącego na poziomie emocjonalnym, to reakcje, które opisałam wyżej, wzmagały się. Kiedy zadzwoniłam do mojej siostry do dalekiego kraju, w którym mieszka, żeby powiedzieć jej, że jestem na miejscu, przy mamie, to zapytałam ją, czy chciałaby coś mamie przez telefon powiedzieć – chciała, więc przyłożyłam mamie słuchawkę do ucha, a ona coś do niej mówiła – wtedy mama „ruszała się” o wiele więcej, wzięła kilka głębokich oddechów i bardzo ruszała oczami. Tak było chyba też wtedy, kiedy ja do niej przyjechałam, choć tego tak dokładnie nie pamiętam – wtedy rzuciły mi się w oczy rurki, aparatura i mama, która nie wyglądała jak moja mama…

Jedną z rzeczy, które zapamiętałam z tego pierwszego spotkania, jest moje wyznanie miłości wobec mojej mamy, którego nie słyszała ode mnie na pewno kilka lat. Już jadąc do niej czułam, że coś się w moim sercu zmienia. Jakbym nagłe zaczęła kumać coś, co chodziło za mną od około lipca. Teraz był koniec października.

Jakieś dwa lata wcześniej, wynajmując mieszkanie z pewną kobietą, weszłam któregoś dnia do jej pokoju i oznajmiłam, że nie kocham swojej mamy, że nie życzę jej źle, że chcę ją szanować, że nigdy nie chcę jej zostawić w potrzebie, ale że jej nie kocham. Kobieta lekko się zdziwiła, ale po moich krótkich wyjaśnieniach, zrozumiała mnie i uszanowała moje wyznanie stwierdzając, że mam do tego pełne prawo.
Wyznałam to też mojemu chłopakowi, który, choć też to uszanował, stwierdził, że w sumie jest to smutne, i tak sobie żyłam kolejne dwa lata, będąc przekonaną, że nie kocham własnej mamy i uważając, po raz kolejny, zresztą, że dzięki temu jestem wolna i dzięki wolności mogłam do siebie taką myśl dopuścić. Wolność moim zamkiem – tak to mniej więcej wtedy wyglądało.

Po dwóch latach jednak, zaczęły do mnie przychodzić różne pytania, jakby mój umysł stwierdził, że coś mu nie pasuje, że trybiki w moim mózgu przestają się zazębiać i on nie może tego tak zostawić. Pytania te pojawiły się w umyśle z inicjatywy serca. „A może jednak kochasz swoją mamę?” „Może miłość to coś innego niż to, co sobie o niej wyobrażasz?” itp. Nie, nie, nie, to niemożliwe. W ogóle się nad tym nie zastanawiałam, przecież to bez sensu. Moje przekonanie o braku miłości wobec swojej mamy nie wzięło się przecież znikąd, a te głupie pytania to próba pogodzenia mnie ze światem, powzięta przez mój słaby charakter! O! Poza tym, ja nie chcę dla mojej mamy źle, więc w czym problem? Staram się ją szanować i nigdy nie zostawię jej w potrzebie – jestem czysta, jestem w porządku, jestem OK. No tak, tylko, że…

„Kocham Cię, mamo, kocham Cię, mamusiu. Wracaj do nas i o nic się nie martw – będę się Tobą opiekować”. Niesamowite było dla mnie to, że wiedziałam, że jeśli mama się obudzi, to niezależnie od tego, w jakim będzie stanie, to zostanę w mieście, w którym mieszka, żeby się nią opiekować, wspierać ją, motywować, chronić przed złymi myślami. Znajdę sobie tam pracę i będzie okej – daję sobie radę na północy, dam sobie radę i w środkowej Polsce, w końcu pochodzę z południa! Nie przejmowałam się nawet grożącym mi wtedy związkiem na odległość – stwierdziłam, że przecież miłość to decyzja o byciu z kimś na dobre i na złe, a on też się może przeprowadzić. Właściwie, to w ogóle się nad tym nie zastanawiałam. Chciałam zrobić to, co byłoby w takim momencie słuszne – a chęć pomocy w tym, żeby mama wyzdrowiała I OKAZANIA JEJ MIŁOŚCI znalazły się wtedy dla mnie na pierwszym miejscu.

Już w samochodzie zaczynały mi się te puzzle układać. To, że nie chodzę ze swoją mamą na zakupy, nie gadam z nią przez telefon codziennie, nie mówię jej o sobie wszystkiego, a nawet to, że mam do niej żal, nie oznacza, że jej nie kocham. Przecież ją kocham – ktoś mnie okłamał!! Jestem ogromnie wdzięczna, że mogłam jej to wyznać jeszcze kiedy oddychała i reagowała, kiedy jeszcze była szansa, że usłyszała. Wierzę, że sprawiło jej to radość. Że tego potrzebowała, że za tym tęskniła.

Po godzinie już nie oddychała. Przestała, kiedy siedziałam w gabinecie lekarskim, gdzie „napełniano mnie nadzieją”. Uważano, że to cud, że jeszcze nie umarła. Pani pokazała mi tomografię jej mózgu, zrobioną, kiedy przyjechała do szpitala – bardzo duży obszar z widocznym czymś tam, dowiedziałam się za to, że to coś nie jest widoczne na tomografii przez kilka pierwszych godzin po wystąpieniu udaru… To kiedy ten jej udar się zaczął? Czemu nie dał żadnych typowych objawów? Kto z powodu tego, że wymiotuje, podejrzewałby u siebie udar?
„Szanse są małe, trzeba przygotować się na najgorsze”. Po tym zdaniu zadzwonił telefon, lekarka odebrała. „No właśnie, u Pani mamy spada saturacja”. Na salę weszłam znowu po jakiejś godzinie, kiedy mama już nie oddychała, nie reagowała, kiedy oddychał za nią respirator, a ona czekała na miejsce na OIOM-ie.

Nocleg mieliśmy u moich znajomych, godzinę jazdy autostradą z miasta, w którym mieszkała mama. Jedno z czterech miejsc, w których spaliśmy przez kolejne dwa tygodnie. Było fajnie zobaczyć znajomych, których nie widziałam kilka lat, i którzy właściwie byli bardziej znajomymi mojej siostry i mamy niż moimi. Najmilsze dla mnie było to, że znali mamę.
Pan domu pyta mnie, czy chciałabym jutro pójść na nabożeństwo do zboru, do którego chodziła mama – przy tym zborze działa szkoła, więc on też jedzie, będą znajomi mamy, itp. Jedna część mnie chciała tam pojechać, druga się skrępowała i go wyśmiała, no bo jak to? Ateista i niepraktykująca? Po co my tam pójdziemy? 

Rano moje nastawienie do pójścia do kościoła się zmieniło. Postanowiłam, że pojedziemy tam, ale dopiero po wizycie u mamy, bo muszę wiedzieć co u niej słychać. Pojechaliśmy więc do szpitala, a później na nabożeństwo – chłopak poszedł ze mną i nie miał z tym żadnego problemu. Ja, lubiąca śpiewać i śpiewająca kiedyś „na chwałę Pana”, nuciłam sobie pod nosem, bo mocno mnie to uspokajało.

Potem pewna pani wygłosiła po uwielbieniu nauczanie – nauczanie o tym, czym jest miłość. „Ja cię mogę nawet nie lubić, ale cię kochać, bo tak decyduję i tak wybieram”. Potwierdziła wszystko, co było w moim sercu na ten temat.


Pod koniec nabożeństwa można było podejść do dwóch kobiet z tyłu sali, które modliły się o tych, którzy tego potrzebowali. Kiedyś w ten sposób usługiwała moja mama. Ja podeszłam do nich z prośbą o modlitwę o mądrość dla mnie, abym umiała dobrze całą tę sytuację przyjmować, żebym wiedziała co robić, co mówić i jak do niej mądrze podejść. Pomodliły się o mnie, z jedną z nich się zagadałam, usiadłyśmy razem. Chłopak siedział w holu, gdzie ludzie po nabożeństwie zostawali, żeby spędzić ze sobą czas przy herbacie i ciastkach. Spytałam: „co, jeśli Bożą wolą jest, żeby mama umarła?”. To był punkt, w którym utkwiłam wiele lat wcześniej. Mój rozum nie mógł znieść tego absurdu – „Bóg jest miłością”, „módlmy się o uzdrowienie”, „Bóg jest Bogiem wolności i dał nam wolną wolę” vs. „Bóg daje i odbiera”, „Bóg zsyła choroby, aby nas doświadczać”, „Bóg go zabrał, bo chciał go mieć już u siebie”. „Bóg jest Bogiem suwerennym, więc to On decyduje komu daje uzdrowienie, a komu nie”. „Jak tu się nie wkurwić i nie olewać Boga i kościoła” – myślałam. „Przedwczesna śmierć, choroba, śmierć w chorobie nigdy nie są Bożą wolą” – usłyszałam. Aaaahaaa… Więc jednak to ma sens. Na tamten moment wystarczyło mi zrozumienie teoretyczne, żeby pójść dalej, a przede wszystkim, żeby odczuć spokój w tym temacie i zaufać na tyle, na ile to było konieczne, żeby móc przyjąć Jezusa jako swojego osobistego Zbawiciela i przyjąć przebaczenie swoich grzechów. Coś we mnie puściło, jakby ktoś tymi słowami wyciągnął zawleczkę z mocno zablokowanego miejsca w moim sercu i w miejsce stęchlizny i smrodu, wpuścił tam życie. Stałam się Bożym dzieckiem, duchową Izraelitką i jestem zbawiona.

– A ja się nawróciłam – powiedziałam do chłopaka z uśmiechem na twarzy.

– Fajnie – odpowiedział spokojnie.

(Po dwóch miesiącach nie miałam już chłopaka. Już nie było dla mnie miejsca – takiej, jaką się stałam. Chciał starej mnie, ale starej mnie już nie ma. Ja nie chciałam starego jego – żyliśmy w dwóch różnych światach. )

W noc po nawróceniu spałam dłużej, głęboko i spokojnie. On się przewracał z boku na bok i nie spał prawie w ogóle. 

-A co, jeśli Twoja mama umrze? – zapytał w samochodzie.

-Nic. Będę dalej wierzyła.

Po prostu wiedziałam, że tak będzie. Tak jak wiedziałam, że za 10 godzin wzejdzie słońce, że mam na imię tak, jak mi mama dała na imię, tak wiedziałam, że moją naturą stała się wiara w Boga – i nic już tego nie zmieni. Miałam i mam w tym pewność i stuprocentowy pokój.

Kiedy narodziłam się na nowo, wiele straciłam, więcej zyskałam. Odzyskałam tożsamość i Ojca. Wszystko to, bez czego każdy nasz plan i marzenie są jak domki na piasku. 

„Jeżeli Pan domu nie zbuduje, na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą. Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże, strażnik czuwa daremnie. Daremnym jest dla was wstawać przed świtem, wysiadywać do późna – dla was, którzy jecie chleb zapracowany ciężko; tyle daje On i we śnie tym, których miłuje.” (Psalm 127)

Notka

Mama Ewy odeszła do Domu Pana 1 listopada – w urodziny Ewy. Towarzyszył temu wielki pokój wszystkich, którzy ją kochali. 

Może Ci się podobać

Leave A Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *